piątek, 1 grudnia 2017

Czy warto wziąć udział w wiosce językowej VILLANGO?



Na Francuskim Notesiku znajdujecie przede wszystkim obrazki służące do nauki języka francuskiego, ale dzisiaj chciałabym Wam o czymś opowiedzieć, ale nie będzie to ani lekcja języka, ani artykuł dotyczący Francji. Opowiem Wam o moim doświadczeniu związanym z wioską językową Villango. Większość z Was widziała na facebooku całkiem niedawno post informujący o tym, że spędzam cały tydzień na wyjeździe chłonąc język francuski, a niektórzy nawet wysłali mi wiadomość prywatną z zapytaniem o szczegóły. Tak więc już do Was mknę z odpowiedzią na nurtujące Was pytanie: Czy warto brać udział w tego typu szkoleniu?


Ale zacznijmy od początku!

Czym jest wioska językowa Villango?

Ogólnie mówiąc jest to 6-dniowy kurs językowy, który odbywa się w wybranym ośrodku wypoczynkowym na terenie Polski i który polega na konwersacjach z native speakreami. Ja brałam udział w szkoleniu z języka francuskiego, choć do wyboru są też inne języki obce. Po więcej informacji możecie sięgnąć na stronę www.villango.pl , natomiast ja Wam opowiem tak całkiem szczerze i od serca, czym jest Villango z punktu widzenia uczestnika.

Gotowi na małą wycieczkę? To zapnijcie pasy, bo zabieram Wam w podróż do krainy moich wspomnień.

Jak dowiedziałam się o Villango i co mnie skłoniło do wzięcia w niej udziału?

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy przypadkowo natknęłam się w internecie na stronę Villango. Od tego momentu zaczęłam coraz intensywniej zastanawiać się nad wzięciem udziału w kursie. 

W okresie studiów byłam na zagranicznej wymianie studenckiej w Grecji i nie ukrywam, że było to jedno z moich najlepszych przeżyć w życiu ze względu na to, że nauczyłam się w oka mgnieniu języka angielskiego na wysokim poziomie i zawarłam znajomości z ludźmi pochodzącymi z różnych zakątków świata (znalazłam tam nawet mojego narzeczonego ;D). Po powrocie z Erasmusa żałowałam, że taki wyjazd już mi się w życiu więcej nie przydarzy... Skończyłam studia, a potem minęło kilka lat, aż pewnego dnia moim oczom ukazała się strona Villango. Poczytałam sobie o tej wiosce językowej i pojawiła się u mnie pewna myśl, być może Villango może być taką krótszą wersją Erasmusa, ale nie tylko dla studentów, ale dla wszystkich ludzi zainteresowanych nauką języka i odbywającą się w Polsce, a nie za granicą! Pomyślałam: „Genialne!”.

Sierpniową wioskę przegapiłam i oglądając materiały z pobytu, które się potem pojawiły w internecie, żałowałam, że mnie tam nie było...

...podwinęłam więc rękawy, dłonie położyłam na klawiaturze i wystukałam maila do Marty Darskiej, która jest szefową całej inicjatywy, że jestem zainteresowana udziałem w Villango. Nie było jeszcze nawet terminu kolejnego szkolenia na stronie internetowej, ale ja już wiedziałam, że chcę w nim uczestniczyć!

Jak wyglądało szkolenie?

W końcu nadszedł upragniony 06-11-2017, kiedy to wysiadłam na dworcu autobusowym w Łodzi i udałam się w miejsce, gdzie wszyscy mieliśmy się zebrać. Byłam nieco wcześniej, niż zaplanowana godzina spotkania, więc spokojnie usiadłam na ławce i czekałam. W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś rozmawia po francusku, a nieopodal mnie zbiera się grupka ludzi. Nieśmiało do nich podeszłam... i tak ruszyła moja przygoda z Villango!

O języku polskim należało zapomnieć od pierwszej minuty spotkania, bo już wtedy rozmawialiśmy tylko po francusku – polacy raczej milczeli na początku, ale frankofoni byli bardzo serdeczni i wyrozumiali – mówili wolno i wyraźnie. Wkrótce wszyscy wsiedliśmy do autokaru, który zawiózł nas do bardzo klimatycznego ośrodka wypoczynkowego Młyńczysko, a tam - kilka słów wstępu, przedstawienie programu szkolenia i ruszyliśmy z kopyta...


Pełne zanurzenie w języku francuskim!!!

Dzień był wypełniony zajęciami po brzegi już od momentu przybycia na miejsce: konwersacje 1:1 (czyli rozmowy w parach: frankofon i polak), zajęcia w grupach, gry, zabawy, czyli zarówno sesje tematyczne, jak i praktyczne, a w międzyczasie rozmowy w trakcie przerw i posiłków, bo przecież frankofoni byli wśród nas, więc nawet nie wypadało rozmawiać po polsku! Dzień był w 100% wypełniony językiem francuskim. Cokolwiek byśmy nie robili, to o języku ojczystym mogliśmy zapomnieć! Nawet w pokoju (2-osobowym) prawie każdy był ulokowany z francuskim native speakerem.

Czym jest nauka języka za pomocą immersji?

I właśnie to, że człowiek wskakuje w otchłań języka obcego i tylko nim się porozumiewa, nazywane jest metodą immersji. Ile razy słyszeliście, że najłatwiej uczy się za granicą? Zastanawialiście się dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta – bo trzeba się komunikować z innymi ludźmi, a oni naszego języka ojczystego nie rozumieją. To takie wrzucenie na głęboką wodę, w której, żeby nie zatonąć, to trzeba korzystać z każdej deski ratunku, a każdą taką pojedynczą deską jest kolejne wypowiedziane zdanie w języku obcym. Człowiek jest istotą, w której włącza się instynkt przetrwania w chwilach ekstremalnych, a znalezienie się w miejscu, gdzie rozmawia się w innym języku niż ojczysty, jest właśnie takim wyjściem poza własną strefę komfortu. To właśnie wtedy podświadomie przestawiamy wszystkie zmysły na tryb wzmożonej nauki języka i po prostu chłoniemy każde usłyszane słowo, czy wyrażenie i łączymy jego brzmienie z daną sytuacją w której się znajdujemy, a potem szufladkujemy to w pamięci, by przy kolejnej okazji bez problemu to wyciągnąć i użyć w rozmowie. Dla mnie jest to najbardziej efektywny sposób na opanowanie języka obcego.  

Ponieważ w ten sposób nauczyłam angielskiego (i również trochę języka greckiego), więc wypełniając formularz zgłoszeniowy na Villango wiedziałam, że jest to strzał w dziesiątkę. Piszę tu o wyjeździe zagranicznym, ale przecież nie każdy ma możliwość wyjechać do innego kraju, a nawet jeśli jedzie na wakacje, to z rodziną lub znajomymi, a języka obcego dotyka tylko w sklepie, czy na lotnisku, a to nie to samo. Organizatorzy Villango wyszli na przeciwko oczekiwaniom tych osób, które pragną otoczyć się językiem obcym, ale nie mają takiej możliwości i stworzyli taką małą przestrzeń w Polsce będącą odpowiednikiem wyjazdu w inny zakątek świata!

Jakie były moje własne cele językowe do zrealizowania w wiosce językowej?

Przed udziałem w Villango, wiedziałam że zaraz po szkoleniu wyjadę do Francji i choć uczyłam się języka francuskiego i mieszkałam z francuzem, to chyba przerażała mnie wizja szukania pracy i obawiałam się, że w sytuacji, gdy język francuski nie jest moim językiem ojczystym, mogę mieć problem na rozmowie kwalifikacyjnej. Choć mój narzeczony zapewniał, że nikt nie będzie wymagał od polki prezentowania poziomu native speakera, i że mój fancuski jest zupełnie wystarczający, to ja nie wierzyłam. Chciałam sprawdzić to na własnej skórze, rozmawiając po francusku z kimś innym, a nie własną rodziną i znajomymi. Chciałam usłyszeć od frankofonów, czy mam szanse odnaleźć się na rynku pracy we Francji.

Jacy byli native speakerzy?

Wszyscy Ci, którzy przyjechali do Polski, by pomóc nam zanurzyć się max. w języku francuskim, byli niesamowicie sympatycznymi osobami! Każdy z nich zwiedził już niemały kawałek świata, więc to podróżnicy, którzy wspomnienia i anegdoty wyciągali niczym drobne z kieszeni i chętnie się nimi z nami dzielili.

Ponadto były to osoby, które przyjechały z różnych rejonów (najdalej z Kanady), więc posługiwały się francuskim z różnym akcentem, a więc dało nam to obraz, jak ludzie na świecie mówią w tym języku.

Życzliwość frankofonów można było odczuć na każdym kroku. Dobierali słowa tak, by dostosować się do poziomu każdego uczestnika. Świadczyło to o ich ogromnym zaangażowaniu w każdą pojedynczą konwersację!

Jacy byli polscy uczestnicy?

Napewno zadajecie sobie to pytanie, bo obawiacie się, że jadąc na Villango Wasz poziom języka nie będzie wystarczająco dobry, by zacząć rozmawiać z frankofonami. Nic bardziej mylnego! Nie ma ani ograniczenia poziomu językowego, ani ograniczenia wiekowego! Można mieć poziom C1 z języka i chcieć się sprawdzić w rozmowach z obcokrajowcami, lub po prostu poczuć tą niesamowitą atmosferę, albo dopiero zaczynać swoją przygodę z nauką języka! Wśród uczestników znaleźli się licealiści, jak i ludzie na emeryturze. Jedno jest pewne – każdy z nas miał do zrealizowania swoje własne cele językowe i każdy z nas odnalazł się w nowym otoczeniu. Byliśmy jak jedna wielka familia, która świetnie się razem bawi i uczy. Najśmieszniejsze było to, że momentami zapominaliśmy o tym, że jesteśmy na szkoleniu, a języka uczyliśmy się przecież non stop!

Jakie zajęcia najbardziej mi się podobały?

Ciężko wybrać jedną, czy dwie najbardziej wartościowe aktywności, bo wszystkie (a było ich mnóstwo!) były oryginalne i bardzo pomocne przy realizowaniu swojego własnego celu językowego, ale mi zapadły w pamięci szczególnie dwie:

1. PREZENTACJA.

Każdy polski uczestnik szkolenia wybrał swojego francuskiego mentora, który pomoże mu w przygotowaniu prezentacji. Oczywiście temat wybieraliśmy sobie dowolnie (ja chciałam opowiedzieć o maratonie, który przebiegłam w 2016 roku). Codziennie przez cztery dni jedną godzinę po śniadaniu każdy polak ze swoim mentorem przygotowywał prezentację, którą piątego dnia miał wygłosić przed wszystkimi. Było to bardzo kształcące zajęcie, bo czuliśmy, że szykujemy się na coś nieco poważniejszego, jakim jest wystąpienie publiczne. Piątego dnia nie było już żadnego problemu z wystąpieniem, bo wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

Wisienką na torcie była niespodzianka, jaka na nasz czekała po prezentacji. Każdy mentor wręczył swojemu podopiecznemu napisany odręcznie list z informacją zwrotną, jak mu się z danym prelegentem pracowało i jak przebiegła jego prezentacja. Cóż za sympatyczna nagroda i... pamiątka na całe życie! Bo któż wyrzuciłby napisany ręcznie list?!

2. ZADANIE GRUPOWE.

Jedno z zadań grupowych łączyło w sobie kilka elementów – pracę z innymi uczestnikami, kreatywność, naukę i świetną zabawę. Zostaliśmy podzieleni na kilka grup, a każda z nich zawierała dwóch polaków i dwóch frankofonów. Dostaliśmy kartkę z zadaniem i godzinę zegarową na jego wykonanie. Co należało zrobić? Wziąć aparat i zrobić sobie zdjęcia z 15 rzeczami, które były wymienione na kartce, np. „avec quelque chose de chaud”, „avec quelque chose de beau” itd. I tak przez godzinę lataliśmy z aparatami i cykaliśmy sobie fotki w hotelu i na zewnątrz, by na koniec stworzyć przesympatyczny 15-zdjęciowy albumik. Kolejna świetna pamiątka!

Podsumowując mogę powiedzieć, co było, a czego nie było w wiosce językowej Villango i najlepsze w tym wszystkim jest właśnie to, czego nie było!

- Nie było szkolnych ławek, tablicy i kredy, ale byli żywi native speakerzy i naturalne rozmowy na przeróżne tematy.

- Nie było recytowania fraz popularnych pół wieku temu, ale było obcowanie z językiem, który jest używany na codzień, obecnie.

- Nie było rozwiązywania zadań z gramatyki, ale był zawsze ktoś, którego językiem ojczystym był język francuski i (na naszą prośbę) poprawiał błędy gramatyczne, które popełniliśmy w rozmowie.

- Nie było wkuwania słówek na pamięć, ale były gry i zabawy, jak na przykład „państwa i miasta”, w trakcie których nowe słownictwo uderzało w pamięć, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

- Nie było sztywnej atmosfery i stresu, był wszechobecny uśmiech i życzliwość.

- Nie było oceniania naszego poziomu języka, była najszczersza chęć pomocy i komunikacji z nami.

- Nie było stresu, że popełnimy jakiś błąd, ale była radość z mówienia w języku obcym.

Wszystkim szczerze polecam skorzystanie z możliwości, jakie oferuje Villango, bo to wydarzenie, które łączy w sobie naukę języka, zabawę językiem i zawarcie znajomości z obcokrajowcami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz