czwartek, 16 sierpnia 2018

Jak przez długi czas utrzymać motywację do nauki języka obcego?


W dzisiejszym artykule chcę poruszyć ważny moim zdaniem temat i chociaż nie będzie tu idiomów, słówek czy francuskiej gramatyki, to będzie on jak najbardziej związany z nauką języków obcych. Zapraszam do lektury!




Każdy z nas, kto się uczy jakiegoś języka obcego, czasami natrafia na potężnego przeciwnika, jakim jest BRAK MOTYWACJI, który usilnie próbuje uniemożliwić nam stawianie kolejnych kroków w nauce. Przy dłuższym starciu i niemożliwości wygrania bitwy z naszym wrogiem przestajemy obserwować postępy i jesteśmy coraz bardziej zniechęceni. W końcu zmęczeni niekończącą się walką z rywalem, poddajemy się i zawracamy do miejsca, z którego wyszliśmy, innymi słowy – nasza nauka idzie w las, a my do walizeczki doświadczeń, którą targamy ze sobą przez całe życie, dokładamy kolejną negatywną cegiełkę. Odnieśliśmy porażkę i nie chcemy już do tego wracać. Mijają dni, miesiące, lata, a my nadal nie znamy żadnego języka obcego, bo przecież drugi raz nie chce nam się wchodzić do tej samej rzeki i przechodzić od nowa przez te wszystkie męczarnie, które i tak niczym nie zaowocują. „Nie mam talentu” – myślimy sobie i głęboko w zakamarkach pamięci zakopujemy nasze marzenia o lekkich konwersacjach z obcokrajowcami, porzucamy wizję wyjechania za granicę, czy podniesienia swoich kompetencji w pracy. Zamykamy się w swojej małej szklanej kuli wypełnionej tym, co dobrze znane, i czujemy się bezpieczni. W końcu nie wychodząc poza nią nie zaliczymy znowu bolesnej porażki. Widocznie tak musi być...


Ano nie! Właśnie że nie!


Nasza nauka języka wcale nie musi się tak skończyć! Możemy opracować bardzo dobrą strategię, która w chwilach uaktywnienia się naszego wroga, zwanego BRAKIEM MOTYWACJI, pomoże nam przezwyciężyć kryzys na polu bitwy i sprawić, że za rok, może dwa dotrzemy do celu.


Nie jestem psychologiem, ani specem od motywacji. Ale uczę się języków i wiem, jak działać, by postawiony cel nie zaczął bladnąć i w końcu nie znikł za horyzontem. Wiem, jak się uczyć, by się nauczyć języka i zwalczyć przeszkody, które się pojawiają na drodze.



1. Przed rozpoczęciem nauki języka warto sobie postawić jedno bardzo ważne pytanie.


"Po co chcę się uczyć?"

No, ale to chyba oczywiste, że każdy z nas ma jakiś powód. Natomiast to, co tu jest ważne, to to, by nasza chęć nauki języka wypływała głęboko z naszego wnętrza. By była to decyzja podjęta w 100% przez nas, w pełni świadomie. Co mam na myśli? Jeśli to rodzice posyłają dziecko na kurs języka (albo języków, bo chcą z niego zrobić małego poliglotę), a ono nie widzi w tym najmniejszego sensu, albo kiedy pracodawca wysyła nas na przymusowy kurs, bo zależy mu (a nie nam), by jego pracownicy potrafili porozumieć się z zagranicznymi klientami, lub kiedy pewnego słonecznego dnia budzimy się z myślą „o, a może pouczę się mandaryńskiego? Ciotce Tośce opadnie szczęka, jak się dowie”... to cóż... Nasze powody nie są wystarczająco silne, by motywację utrzymać przez długie miesiące, albo lata. Prędzej, czy później poddamy się i rozgoryczeni niepowodzeniem już więcej prawdopodobnie nie będziemy chcieli do tego wracać.

Ale jeśli nasz powód będzie całkowicie NASZ, to już będzie to pierwszy krok do sukcesu. Warto sobie dobrze przemyśleć, po co chcemy się zaangażować w proces, który będzie on nas niejednokrotnie wymagał poświęcenia i który będzie trwał latami. Jeśli bardzo chcemy podjąć dobrze płatną pracę w zagranicznej firmie, albo zmienić miejsce zamieszkania przewożąc cały swój dorobek poza ramy kraju, czy też mamy nieodpartą potrzebę rozwoju osobistego i czujemy, że nauka języka obcego to jest właśnie TO, to łatwiej będzie wytrwać w postanowieniu i małymi kroczkami zbliżać się do celu. Oczywiście powodów może być znacznie więcej. To są tylko przykładowe. Ważne jest, byśmy czuli w każdej komórce naszego ciała, że chcemy to zrobić, a nasz powód był uniezależniony od innych.



2. Warto wizualizować cele.

 
I to jest bardzo ważny moment w naszej nauce. Wizualizować to, o czym marzymy i do czego dążymy. Bardzo pomocne jest stworzenie tzw. kolaża motywacyjnego (un collage de motivation). Wystarczy przygotować tablicę, którą przywiesi się w widocznym miejscu (np. nad biurkiem) i poprzypinać do niej obrazki przedstawiające nasze marzenia.

Chcemy się nauczyć języka, by podjąc kiedyś pracę w zagranicznej firmie? Zaglądnijmy do internetu i poszukajmy zdjęć przedstawiających pracę naszych marzeń. Zdjęć, które oddziałują na nasze emocje. Zdjęć, które sprawiają, że zaczyna nam się chcieć. Może to być np. piękny nowoczesny biurowiec, pięknie urządzone stanowisko pracy itp. Jeśli marzy się nam, by ta praca przełożyła się na dobre zarobki, które podniosą nasz komfort życia – to dorzućmy zdjęcia przedstawiające to, co za te zarobione pieniądze zrobimy. Wakacje na Malediwach? Sportowy samochów? Basen w ogrodzie? Przyczepmy więc zdjęcie malowniczych Malediwów, sportowego samochodu i basenu w ogrodzie. Nasza tablica będzie z czasem ewoluować (bo będziemy dokładać kolejne elementy), a każdy obrazek przypominać nam o naszym celu. 

Chyba nic bardziej nie motywuje, niż świadomość tego, że to wszystko będziemy mogli mieć, jeśli wytrwamy w naszym postanowieniu. I nie. Nie są to tylko marzenia. To realne cele, które sami sobie stawiamy i do których chcemy dążyć. Jeśli to właśnie nauka języka jest punktem wyjścia i będziemy mieli tego świadomość każdego dnia patrząc na nasz kolaż, to uwierzcie mi – tak szybko się nie poddamy.




3. Jak zacząć się uczyć i w jakiej ilości dawkować sobie wiedzę?


Naładowani pozytywnymi emocjami od razu chcemy zacząć działać. Założyliśmy sobie, że nauczymy się języka, zrobiliśmy kolaż motywacyjny, który ma nam przypominać o naszych celach każdego dnia. Powiesiliśmy go na ścianie. Czujemy, że przeniesiemy góry. Ale uwaga! Motywacja, której na początku jest aż nadto, wkrótce zacznie opadać. Samo oglądanie naszych kolorowych wycinków nie wystarczy (choć jest ważną częścią całego procesu). Zawsze tak się dzieje. I tutaj musimy do całego procesu nauki podejść z odpowiednią strategią.  

Po pierwsze i chyba najważniejsze – jeśli sobie coś postanawiamy, to nigdy, ale to absolutnie nigdy nie wprowadzajmy zmian w życie drastycznie! Wielkie rewolucje niekoniecznie są lepsze od spokojnych ewolucji. Jeśli sobie założymy, że będziemy się uczyć po 5h dziennie i za miesiąc zawładniemy językiem, jak native speaker... No to sorry, ale nic z tego nie wyjdzie. Dlaczego? Bo bardzo szybko się zmęczymy, nasza głowa będzie obciążona nadmiarem informacji i w końcu zacznie nam brakować czasu, bo zacznie nam „coś wypadać ważniejszego”. No, a jeśli przestaniemy realizować założony z góry plan, to po kilku dniach (no może tygodniach) odpuścimy całkiem. Padnięci z sił rozsiądziemy się na kanapie z poczuciem porażki. Przecież, jak ktoś chce zacząć biegać, bo jego marzeniem jest przebiegnięcie maratonu (co przy takim żwawym truchcie zajmuje około 4h), to przecież nie zakłada, że w dwa, trzy miesiące wyrobi formę i nie zakłada też, że od pierwszego dnia będzie codziennie biegł po 40 km...

Najlepiej jest ustalić sobie PLAN MOŻLIWY DO ZREALIZOWANIA. Takie niezbędne minimum, to 30 min. każdego dnia. Dlaczego tylko tyle i czy to wystarczy? Więcej możemy przeczytać w artykule Ani „Jak w natłoku codziennych spraw znaleźć czas na naukę?”. Ona tam wyjaśnia, jak ważna jest systematyczność i jak możemy wygospodarować ten malutki (ale jak niezwykle istotny w procesie nauki!) kawałek dnia. 

Malutkimi codziennymi kroczkami dojdziemy do miejsca, z którego za jakiś czas zobaczymy, jaki milowy krok wykonaliśmy. I pomyślmy sobie, że to TYLKO (i aż) pół godziny intensywnej nauki dziennie. Któż tego czasu nie znajdzie? 

Poza tym... po dłuższym czasie systematycznej nauki, kiedy już przebrniemy przez to, co chyba najgorsze – przez podstawy nowego języka! – nagle może się okazać, że nauka stanie się prawdziwą pasją, bez której nie możemy żyć. I wtedy 30 minut nie wystarczy. Sami automatycznie będziemy sobie ten czas wydłużać. I będzie nam to sprawiać przyjemność, a nie będzie katorżniczą pracą (tak, jak przy początkowym założeniu nauki po kilka godzin dziennie).



4. Kiedy się uczyć?


Ponoć dzielimy się na sowy i skowronki. Jedni z nas wolą zaraz po przebudzeniu rozpocząć pracę umysłową, czy fizyczną, zaś drudzy są najbardziej produktywni w nocy i wieczorem. 

Ale czy tak samo jest z motywacją? Łatwo jest nam się zebrać do nauki (nawet chociażby te 30 minut), gdy wracamy zmęczeni po pracy? Jak tu się zmobilizować, kiedy partner pyta, czy obejrzymy sobie jakiś film wieczorem? FrançaisAuthentique w niektórych podcastach dotyczących rozwoju personalnego (le développement personnel) opowiada, że motywacja jest jak butelka, która w momencie kiedy się budzimy jest napełniona. Wstajemy rano i pomimo początkowego zmęczenia po przebudzeniu, zaraz za chwilę czujemy się gotowi do działania – przed nami w końcu wiele intensywnych godzin, np w pracy, więc przestawiamy się na działanie, a nie spanie. I właśnie wtedy, kiedy mamy największą energię (która będzie wykorzystywana przez nas przez cały dzień aż do samego pójścia spać) zabierzmy się za naukę! Potem, wraz z upływem kolejnych godzin, nasza butelka motywacyjna zacznie się powoli opróżniać. Czemu? Ponieważ cały czas będziemy z niej korzystać, by na koniec dnia wyczerpanymi po ciężkim dniu usiąść na łóżku i mieć ochotę po prostu... odpocząć. 

Jak wtedy mamy znaleźć siłę do nauki? Jak się zmobilizować, gdy ciało i umysł krzyczą „odpoczynek”? A jeśli założymy sobie naukę późno wieczorem i przyjdą w końcu takie dni, że będziemy tak wykończeni, że odpuścimy? A co jeśli takich dni będzie kilka pod rząd? Wtedy po przerwie będzie jeszcze trudniej wrócić nam do systematyczności. I tu znowu - Johan z Français Authentique porównuje motywację do mięśnia, który trzeba regularnie trenować. To tak, jak z chodzeniem na siłownię. Początkowa regularność treningów przekłada się na budowanie i utrzymywanie formy. A co jeśli wyjedziemy na 2 tygodnie (albo i dłużej) na wakacje, w trakcie których będziemy prowadzić raczej osiadły tryb życia? Jak łatwo będzie nam wrócić do wcześniej realizowanego planu? No właśnie... Dlatego też mądrze korzystajmy z naszej butelki motywacyjnej. Czerpmy z niej, kiedy jest pełna, a nie wtedy, kiedy widać już dno.




5. Tylko jak wyrobić w sobie nawyk nauki?


Na początek 30 minut dziennie. CODZIENNIE. I niby już wszystko wiemy, bo plan działania jest, kolaż wisi, a butelka motywacyjna czeka, by z niej skorzystać wtedy, gdy jeszcze nie opustoszała. Wszystko w teorii wygląda ładnie. Ale jak wprowadzić to wszystko w życie? Zmuszać się do nauki o konkretnej godzinie? Zmuszać się – jak ja nie lubię tego słowa. Od razu nauka zaczyna się kojarzyć z przykrym obowiązkiem. A ma być przecież przyjemnością i ma nam towarzyszyć przez długie lata. Zwróćmy uwagę na to, że najtrudniej jest zacząć. Usiąść do książek, czy komputera i wykonać pierwszy ruch. Tak samo jest z bieganiem (przebiegłam maraton dwa lata temu, więc wiem, co mówię ;p). To nie bieganie jest najgorsze wtedy, gdy mamy spadek nastroju i mniej siły. To założenie butów i wyjście z domu jest najtrudniejszym etapem! Ale gdy już świeże powietrze przemierzy nasze nozdrza i kiedy rozpoczynamy spokojny trucht, to nagle się okazuje, że wcale diabeł nie taki straszny. I wiecie co? Moje najlepsze wybiegania – paradokslanie - zdarzały mi się wtedy, gdy najbardziej nie chciało mi się ruszyć szanownych czterech liter i wystawić ich przed dom.  

Ale skoro tak trudno zacząć, to chyba znowu wracamy do punktu wyjścia, czyli zmuszania się? Niekoniecznie. Jeśli ten moment startu (zakładania butów do biegania, czy otworzenia podręcznika do gramatyki) skorelujemy z jakimś codziennym zwyczajem, który mamy już we krwi i do którego nie potrzebujemy energii na start (np. mycie zębów, jedzenie śniadania, picie porannej kawy itp), to okaże się bardzo szybko, że nasz nowy „obowiązek” zacznie się powoli stawać również zwyczajem...  

Oczywiście na początku trzeba sobie założyć, że np. po śniadaniu przeznaczy się 30 min na naukę języka i należy pamiętać, by po umyciu talerzyka do tej nauki się zabrać. Ale będzie to zdecydowanie łatwiejsze, bo śniadanie je się każdego dnia i z czasem przejście po skończonym posiłku z kuchni do pokoju po to, by się pouczyć, stanie się codziennością i przestaniemy o tym myśleć. Czyli po prostu nasz nowy „obowiązek” zaczepmy o zwyczaj, który od dawna nam towarzyszy. Po czasie zrobi się z niego taki sam nawyk, o którym nawet nie będziemy myśleć, tylko automatycznie przechodzić z jednej czynności na drugą.



6. Czy warto mieć styczność z językiem częściej w ciągu dnia?


Oczywiście! Magiczne pół godzinki jest po to, by wyrobić w sobie nawyk systematyczności i mieć kontakt z językiem każdego dnia, i małymi kroczkami zbliżać się do celu. Bo nawet, jeśli wykorzysta się TYLKO te 30 minut, to będzie to dzień, który przeznaczyliśmy na naukę języka. Unikniemy w ten sposób dni bez spotkania z językiem i nie stracimy ciągłości, a co więcej – postęp i tak będziemy czynić, nawet jeśli te 30 min. w większej mierze poświęcimy tylko na powtórki. Pamiętajmy, że utrwalanie zdobytych wiadomości jest tak samo szalenie ważne, jak zdobywanie nowej wiedzy!

Ale jeśli zastanowimy się nad tym, jakie mamy w ciągu dnia luki, kiedy to nie nasz umysł, a tylko nasze ciało pracuje, to uświadomimy sobie, że takich momentów jest sporo. Droga do pracy, jogging, gotowanie, spacer z psem, zakupy, sprzątanie... Nikt nam nie zabrania włączyć radia, czy podcastu w obcym języku i po prostu osłuchiwać się z nim! Przyzwyczajać się do brzmienia słów, do melodyjności języka... i wyłapywać słowa, które już znamy! Po prostu postanówmy sobie, że za każdym razem w tych chwilach będziemy włączać radio, lub zakładać słuchawki na uszy. To też jest forma nauki. Dzięki takim momentom (nawet 15-minutowym) totalny czas spędzony z językiem w ciągu dnia nie będzie już wynosił 30 minut, ale i nawet więcej!




Mam nadzieję, że tchnęłam trochę nadzieji w tych, którzy utracili motywację do nauki języka. W dużej mierze zgadzam się z tym, co mówi Johan z Français Authentique. Wszelkie jego rady wprowadziłam w życie... i nauka języka włoskiego idzie mi bardzo sprawnie. Polecam!




Jeśli spodobał Wam się artykuł, podajcie go dalej.